Była
„nową”.
Idąc
korytarzem czuła na sobie oceniające spojrzenia innych, słyszała szepty za
plecami i widziała te złośliwe uśmiechy. Marzyła by odwrócić się na pięcie, bez
słowa wyjść i więcej nie wrócić. Ale nie mogła.
Przygryzła
wargę i skupiła się na otworzeniu zamka w szafce. Czuła się dziwnie i obco.
Przed Incydentem zapewne nie miałaby problemu, aby zaadaptować się w nowej
szkole, jednak teraz wszystko się zmieniło. Ona się zmieniła. Czuła się
strasznie obco z samą sobą, nie mówiąc już o otaczających ją dookoła ludziach. W
myślach kołatała się tylko jedna myśl.
Chcę stąd uciec. Chcę stąd uciec. Chcę stąd
uciec.
Drzwi
wejściowe otworzyły się z hukiem. Zacisnęła dłonie w pięści, próbując się
uspokoić. Tak jak czytała…Równowaga i harmonia.
Niepewnie
weszła do klasy pełnej śmiejących się siedemnastolatków. Wszyscy wydawali się
być tacy…normalni.
- Mavel. Nowa – usłyszała za sobą
ostry, twardy głos. Odwróciła się gwałtownie, niemal wpadając na mężczyznę w
dresie. – Co tak stoisz? Siadaj.
Przeszedł
na przód klasy, po drodze szturchając kilku siedzących na ławkach chłopaków.
- Dobra, uwaga! To jest…- zerknął
w papiery leżące na biurku. -…Cassandra Mavel. Jest nowa. Przywitajcie ją miło,
z sympatią, bla bla bla i tak dalej. Właściwie nie obchodzi mnie jak to
zrobicie, ale nie chcę słyszeć o żadnych prześladowaniach, bo po tym jest masa
papierkowej roboty. Gdzie jest Greenberg?!
Blondynka
lekko się skrzywiła. Nie ma to jak przyjazne powitanie. Już czuła się jak w
domu. Spuściła głowę, a jasne włosy osłoniły jej twarz przed ciekawskimi
spojrzeniami.
- Hej – dziewczyna siedząca w
ławce przed nią uśmiechnęła się delikatnie. – Cassandra, tak?
- Po prostu Cass…- wyciągnęła
rękę.
- Kira.
Była
ładna. Nawet bardzo. Miała azjatycką urodę, która prawdopodobnie zapewniała jej
powodzenie wśród drugiej płci. Ciemne włosy swobodnie spływały na ramiona, a
uśmiech wydawał się być całkowicie szczery. No i była pierwszą osobą, która się
do niej odezwała.
Nie
licząc dziwnego trenera, który chyba był nauczycielem.
Jednak
potem dziewczyna uścisnęła jej dłoń, a żarówka w lampie nad nimi rozprysła na
tysiąc kawałków. Między palcami Cass przebiegł prąd, a w miejscu, w którym jej
skóra zetknęła się ze skórą Kiry, poczuła mrowienie.
- Och! – Azjatka szybko puściła
jej rękę i zaniepokojona spojrzała na sufit. Odchrząknęła nerwowo i wydała się
zmieszana. – Ktoś powinien w końcu naprawić te lampy…To się tutaj zdarza bardzo
często…
Kłamała.
Mavel widziała to w jej oczach i nerwowym zachowaniu. No i przecież poczuła to!
Energia w ciele Kiry była tak ogromna, że Cass nie mogła pojąć dlaczego nie
wychwyciła jej wcześniej. Ale zaczynanie znajomości od zarzutu kłamstwa nie
było najlepszym pomysłem.
- Też niedawno byłam nowa. Ale
Beacon Hills to…specjalne miejsce – ciemnowłosa przygryzła lekko wargę.
- Jedyne czego potrzebuję to
spokój…- mruknęła Mavel sama do siebie, na tyle cicho by nikt nie usłyszał. Jej
nowa znajoma miała jednak wyjątkowo dobry słuch, bo zaśmiała się lekko.
- O Beacon Hills można powiedzieć
wiele, ale z pewnością nie to, że jest spokojne…
- No tak…Widziałam te ulotki…
Kira
zbladła, a uśmiech zastygł na jej twarzy. Nerwowym gestem odgarnęła z czoła
kosmyk czarnych włosów.
- Znałaś go?
Cassie
nie była z natury ciekawska. Wiedziała, w przeciwieństwie do siostry, że w
pewnych sytuacjach nie powinno się zadawać pytań, a zwłaszcza oczekiwać na nie
odpowiedzi. Ale odkąd zobaczyła porozwieszane w całym mieście plakaty ze
zdjęciem siedemnastoletniego chłopaka, coś ją do tej sprawy ciągnęło.
Stiles
Stilinski. Syn szeryfa. Uczeń tego samego liceum, w którym teraz siedziała.
Jego matka zmarła kilka lat wstecz. On sam zaginął trzy tygodnie temu i od tego
czasu nikt go nie widział.
W
takich małych miastach jak Beacon Hills, stojąc w kolejce do kasy w spożywczym,
można się naprawdę wiele dowiedzieć.
- Tak…my…- Kira zmarszczyła brwi.
– Był najlepszym przyjacielem mojego...- znów chwila zawachania - …najlepszym
przyjacielem Scotta.
Kątem
oka zerknęła w kierunku przystojnego siedemnastolatka, o ciemnej karnacji i
czarnych włosach. Miał ładne oczy, to Cass zauważyła od razu, ale wyglądał na
okropnie zmęczonego. Zupełnie mu się nie dziwiła.
- Hmmm…Przykro mi…
- Mnie też – westchnęła Kira i
odwróciła się w stronę tablicy, tym samym kończąc rozmowę.
Do
końca dnia nikt się już do niej nie odezwał. Przerwę obiadową spędziła poza
terenem szkoły, choć nie była pewna czy było to dozwolone. Ale nie mogła
usiedzieć w budynku. Kotłowało się w nim strasznie dużo energii, a co gorsza trudno
było Cassandrze powiedzieć jakiego rodzaju. W dawnej szkole nigdy się z czymś
takim nie spotkała. Głowa pękała jej od tego wszystkiego. Przez chwilę uważała,
że zmiana otoczenia faktycznie może jej wyjść na dobre. Teraz wiedziała, że
była to tylko mała słabość charakteru i znów chciała wracać do domu.
Lizzie
przez cały dzień próbowała je urządzić w nowym mieszkaniu. Uśmiechnęła się na
widok siostry, która zmusiła się do odwzajemnienia gestu.
- Jak pierwszy dzień w szkole?
- Beznadziejnie.
- Nie mogło być aż tak źle…-
Elizabeth pokręciła głową, ale pod wpływem spojrzenia Cass przerwała. Odchrząknęła
nerwowo. – W takim razie będzie lepiej, zobaczysz.
- Jakoś nie chce mi się w to
wierzyć – mruknęła Cassie i ugryzła jabłko leżące w misce na stole. Skierowała się
do swojego pokoju, który miał być jej oazą na najbliższe miesiące. Usiadła na
łóżku i niepewnie rozejrzała się wokół. Jej nowy dom.
Przynajmniej
nie czuć było tej energii co w szkole. Owszem, nadal wyczuwała niepokojące
wibracje, ale nie były już one tak nasilone. Przy odrobinie pracy mogły zniknąć
zupełnie.
Spod
łóżka wyciągnęła małą, skórzaną książeczkę, ze srebrnym symbolem na okładce. Jej
największy skarb, którego miała strzec jak oka w głowie. Na całym świecie było
bardzo niewiele tych ksiąg, nie mówiąc już o pierwotnym wydaniu. Zaczęła
przerzucać strony, aż dotarła do zaklęć ochronnych. Podciągnęła rękawy i wzięła
głęboki wdech. W końcu kiedy ma się nauczyć kontrolować magię, jeśli nie podczas
używania zaklęć?
Nadal
nie mogła pojąć, że jest czarownicą. Nadal nie mogła pojąć wszystkiego co się
stało. Nadal nie mogła pojąć, że tak po prostu uciekła, nawet nie czekając aż…Nieważne.
Westchnęła. Czas na trochę magii.
Delikatnie,
opuszkami palców dotknęła starego pergaminu, ale zamiast skupić się na
zaklęciach ochronnych, kierowana nieznaną siłą, przewertowała podręcznik by
ostatecznie zatrzymać się na czarach poszukiwawczych. Mimowolnie pomyślała o
Stilesie Stilinskim. Mogła by przecież…Wzięła oddech by wypowiedzieć zaklęcie i
w tej samej sekundzie zrezygnowała. To nie była jej sprawa…
Kolację
zjadły w ciszy, tępo wpatrując się w telewizor, każda pogrążona we własnych
myślach. Napięcie było mocno wyczuwalne, więc Cass kiedy tylko pozmywała,
chwyciła bluzę i poszła pobiegać. Lubiła to. Wiatr we włosach, myśl, że nikt
nie może cię zatrzymać, przyśpieszone bicie serca, satysfakcję. Słuchała
muzyki, tak naprawdę nie skupiając się na piosenkach. Była pogrążona we
własnych myślach, tkwiła we własnym świecie, kiedy nagle poczuła pulsujący ból
w głowie. Silna energia była gdzieś niedaleko. Cass zatrzymała się i wzięła
kilka głębokich oddechów. Samokontrola, koncentracja…Mogła to uciszyć,
wiedziała jak to zrobić…
- Wszystko w porządku? – ktoś chwycił
ją za ramię, a przez jej ciało po raz kolejny tego dnia przebiegł strumień
prądu. Podniosła głowę, napotykając zaniepokojone spojrzenie krystalicznie
błękitnych oczu.
- Wszystko okej – mruknęła. Chłopak
chyba jej nie uwierzył bo zaprowadził ją do ławki i posadził. Nadal czujnie się
w nią wpatrywał, ale już nie ze zmartwieniem. Raczej z frustracją i
niezrozumieniem.
- Naprawdę, już jest okej…-
mruknęła cicho Cass. Musiała zamknąć oczy, aby uciec przed błękitnymi
tęczówkami. – Dziękuję.
On jednak nie odszedł, ale usiadł
obok.
- Czekam na przyjaciół…Jestem
Izaac. Lahey.
- Cassandra Mavel.
Siedzieli
przez chwilę w ciszy, co dało Cassie możliwość skoncentrowania się na tyle by
wiedzieć, że energia, która ją zaatakowała pochodziła właśnie od chłopaka. Teraz,
wiedząc skąd się wzięła, była wstanie ją wyciszyć i zminimalizować, ale i tak
nie czuła się zbyt komfortowo. Zerknęła na towarzysza kątem oka. Wpatrywał się
w ogłoszenie o zaginionym chłopaku.
- Znałeś go? – zapytała, nie
mogąc powstrzymać zaciekawienia.
- Tak…Chyba można powiedzieć, że
w jakimś stopniu nasza relacja przypominała przyjaźń.
- Chyba, można, w jakimś stopniu?
– prychnęła lekko, a chłopak uśmiechnął się i wzruszył ramionami. Mimo to Cass
mogła wyczuć, że coś w jego energii się zmieniło. Zdenerwował się? Posmutniał?
Jeszcze nie potrafiła tego odróżnić i było to strasznie frustrujące.
- Masz strasznie silną energię –
westchnęła. Izaac wyprostował się gwałtownie.
- Słucham? – zmarszczył brwi.
- Ja…Przepraszam…Nie wierzę, że
powiedziałam to głośno – jęknęła, chowając twarz w dłonie. – To…niechcący.
Chłopak wyglądał na
zaciekawionego, więc prawdopodobnie to był dobry moment by uciec.
- Dziękuję za pomoc – uśmiechnęła
się blado. Izaac chciał coś powiedzieć, ale po drugiej stronie ulicy zatrzymał
się czarny samochód. Drzwi otworzyły się i wysiadła z niego piękna dziewczyna o
porcelanowej karnacji i ciemnych włosach.
- Możemy jechać? – podeszła do
chłopaka i położyła mu dłoń na ramieniu. Oczy chłopaka zalśniły na widok nieznajomej.
- Z tobą zawsze.
Dziewczyna
uśmiechnęła się lekko, ale w jej źrenicach tkwił tak przerażający smutek, że kiedy
spojrzała na Cassie, ta niemal cofnęła się o krok. Już chciała się przedstawić,
kiedy z samochodu wychylił się chłopak, w którym blondynka rozpoznała Scotta,
znajomego Kiry.
- Idziecie?!
Izaac
i nieznajoma od razu skierowali się do samochodu, jakby była to sprawa życia i
śmierci, nawet się nie oglądając. Cassie poczuła rozczarowanie, że tak to się
skończyło. Dziewczyna wydawała się naprawdę sympatyczna, a Izaac…nie była pewna
co o nim myśleć. Wydawał się miły, ale energia jaka go otaczała była trochę
przerażająca.
Postanawiając,
że nie będzie już więcej o tym myśleć,
odbiegła w stronę domu. Czuła się jakby nie spała od roku. Kiedy tylko
przyłożyła głowę do poduszki, odpłynęła w Krainę Morfeusza, nieświadoma co
dzieje się niedaleko niej.
Wstając,
ubierając się i jedząc śniadanie także jeszcze nic nie wiedziała. Liczyła, że
ten dzień będzie lepszy niż poprzedni. Zastanawiała się czy spotka Kirę lub
Izaaca i czy dowie się kim była jego piękna znajoma i czy ją pozna.
I
faktycznie, kiedy tylko przekroczyła próg szkoły, dowiedziała się kim była
tajemnicza dziewczyna. Ale okazało się, że już nigdy nie będzie miała okazji
jej poznać.
Allison
Argent nie żyła.
W końcu się doczekałam ;) Jestem ciekawa co będzie dalej, dawaj następny :p
OdpowiedzUsuńO jejku <3 bardzo mi się podoba ! Masz bardzo lekki i przyjemny styl pisania. No o Stiles ! Mam nadzieję, że w kolejnych rozdziałach uda ci się przemycić dużą dozę jego humoru i sarkazmu. Zyskujesz nową czytelniczkę ;) - Klaudia
OdpowiedzUsuńŚwietne ;o nie umiem pisać takich komentarzy, więc ujmę to tak; Dobre. Nawet bardzo. Fajnie piszesz. Będę wpadała. ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, Lu
Po pierwsze muszę od razu ci powiedzieć, że charakter trenera oddałaś tak idealnie, że niemalże słyszałam w głowie jego głos. Naprawdę bardzo się cieszę, że udało ci się to zrobić. No i Kira. Ona również jest taka sama jak w serialu. Miła i niewinna. Wspaniale!
OdpowiedzUsuńCass to czarownica. Tak! To właśnie to, czego mi w Teen Wolf zawsze odrobinę brakowało. Czarownic. Bardzo podoba mi się ten pomysł. Mam nadzieję, że bohaterka w końcu opanuje swoje moce do perfekcji.
Czekam na II rozdział.
Nie będę się rozpisywać za bardzo, powiem tyle, świetnie napisane, miło i szybko się czyta, świetnie oddany charakter trenera, czarownica- super pomysł, Kira i jej energia, zaginięcie Stilles'a. Wszystko w tym opowiadaniu jest mega
OdpowiedzUsuńnuda100
Świetne, epickie i wgl zaje*iste <3
OdpowiedzUsuńCzekam na 2. rozdział :D
A tymczasem dostajesz nominację ode mnie do Liebster Blog Award :D
Po pytanka i więcej informacji zapraszam na mojego bloga, a tak dokładniej tutaj:
http://death-that-never-comes.blogspot.com/p/inne.html